Gdy bohaterowie muszą przetrwać w obliczu trudności, wówczas objawia się znaczenie życia.
/Zhang Yimou, reżyser/
O co chodzi?
Początek grudnia 1937 r., II
wojna japońsko-chińska. Nankin ówczesna stolica Chin zostaje zdobyta przez
Armię Cesarstwa Kraju Wschodzącego Słońca, która w okupowanym mieście wprowadza
terror na niespotykaną skalę. Mnożą się masowe egzekucje jeńców, okrutne mordy
na cywilach, chińskie kobiety, niezależnie od wieku, są brutalnie gwałcone i
przeważnie zabijane. Tętniące życiem miasto, ponad milionowe Nankin, zamienia
się w piekło na ziemi. Jedynym miejscem, którego wojenny koszmar zdaje się nie
ogarniać, jest gotycka katedra. W jej przestronnym wnętrzu schronienie znajduje
grupa dziewcząt ze szkoły katolickiej oraz opiekujący się nimi George,
adoptowany syn zamordowanego proboszcza. Wkrótce za uczennicami przebywa także
Amerykanin, John Miller, były przedsiębiorca pogrzebowy, a obecnie włóczęga i
pijak. Sytuacja znajdujących się w
katedrze uciekinierów ulega diametralnej zmianie, gdy nieoczekiwanie dołącza do
nich grupa prostytutek z dzielnicy „czerwonych latarń” pod przywództwem pięknej
i uwodzicielskiej Yu Mo. Z obecności pod jednym dachem pań lekkich obyczajów
uczennice nie są zadowolone, co przeradza się w otwarty konflikt miedzy nimi.
John jest natomiast zadowolony o wiele bardziej, ale Yu Mo stawia sprawę jasno:
jeśli umożliwi ucieczkę jej oraz koleżankom zostanie „wynagrodzony” przez
dziewczyny. Jednakże, gdy pewnego dnia oddział japońskich żołnierzy wpada do
katedry, omal nie doprowadzając do masowej tragedii wśród bezbronnych uczennic,
wszystkie konflikty stają się nieistotne. W obliczu grozy wojny człowieczeństwo
bohaterów filmu zostanie poddane ciężkiej próbie.
Seung-min
jest młodym, utalentowanym managerem agencji reklamowej. Właśnie prowadzi akcję
promocyjną, mającą na celu wylansowanie młodej i atrakcyjnej gwiazdki, Jin-ah.
Bohater nie tylko promuje dziewczynę, ale także romansuje z nią. Podczas jednej
z gorących i upojnych nocy spędzonych z Jin-ah ktoś filmuje uprawiającą miłość
parę. Seung-min otrzymuje na swój telefon ów z pozoru niewinny filmik, a dla
niego wielce kłopotliwy. Co się bowiem stanie gdy zobaczy to nagranie jego
żona, Jeong-yeon? Seung-min nie zastanawia się długo. Szybko udaje mu się
ustalić filmowca-amatora i autora filmu. Okazuje się nim były chłopak Jin-ah, który
zamierza nieco oskubać z pieniędzy managera. Seung-min bez problemu radzi sobie
z szantażystą i odzyskuje kompromitujący go film, nie płacąc nic za jego
odzyskanie. Pech sprawia, że bohater gubi swój telefon z niebezpiecznym
nagraniem. Zrozpaczony stara się go odnaleźć, ale ubiega go przypadkowy
znalazca. Zamiast jednak skontaktować się z Seung-minem kontaktuje się z jego
żoną, sugerując niewierność męża. Od tego momentu rozpoczyna się śmiertelnie
niebezpieczna gra między znalazcą telefonu a jego właścicielem.
Współczesne Chiny. Porzucona gdzieś
w górach mała wioska. Tamtejsza szkoła ma powazny problem, ponieważ nauczająca
okoliczne dzieciaki nauczycielka Gao zmuszona jest na miesiąc wyjechać do umierającej
matki. Znalezienie zastępstwa staje się najplenniejszą sprawą dla naczelnika
wioski, ponieważ stopniowa wykrusza się liczba uczniów uczęszczających na
zajęcia. Z braku innych kandydatów na stanowisku
nauczycielki zatrudniona zostaje trzynastoletnia Wei Minzhi z sąsiedniej wsi. Dziewczynka
nie ma żadnego pojęcia o nauczaniu, ale ponieważ sołtys obiecał jej, że jeśli
uda się jej zatrzymać uczniów w komplecie, otrzyma wypłatę. Wei każe dzieciom
przepisywać różne teksty z tablicy, a sama zamyka drzwi szkoły i siedząc na
progu pilnuje, by nikt nie opuścił budynku. Jednakże i tak nie udaje się jej
upilnować jednego z uczniów dzieśięcioletniego Zhang Huike, który pewnego nie
pojawia się na lekcjach. Okazuje się, że jego matka wysłała go do miasta, by
poszukał pracy. Zrozpaczona, ale i zdesperowana Wei postanawia zdobyć pieniądze
na bilet i odszukać chłopca.
Scenariusz: życie
Twórczość najsłynniejszego z
reżyserów Piątej Generacji Zhanga Yimou, z grubsza przebiega dwutorowo. Z
jednej strony oszałamiające widowiska, warte dziesiątki milionów dolarów
superprodukcje, takie jak „Hero”, „Domu
latających sztyletów”, „Cesarzowa”, opowiadające o zamierzchłych dziejach
Chińskiego Cesarstwa, z drugiej zaś kameralne dramaty rozgrywające się przeważnie
w dwudziestowiecznych Chinach: „Ju-Dou”, „Opowieść o Qiu Ju”, „Droga do domu”, „Tysiące
mil samotności” czy najnowszy „Pod drzewem głogu” I choć dzięki tym wielkim
historyczno-kostiumowym widowiskom, a także reżyserii ceremonii otwarcia i
zamknięcia Olimpiady w Peknie, o Zhangu głośno jest na świecie, miano jednego z
najznakomitszych, współczesnych, chińskich reżyserów zawdzięcza tym o wiele
skromniejszym produkcjom. Warto przypomnieć sobie jedną z nich, pochodzący z
roku 1999, film pt. „Wszyscy albo nikt” („Not One Less”).
Dzieło Zhanga Yimou to jeden z najwybitniejszych filmowych przykładów,
potwierdzających starą prawdę, że najlepsze scenariusze pisze życie. Reżyser,
przeczytawszy przypadkiem w jedynym z magazynów historię Wei Minzhi, biednej
wiejskiej trzynastolatki, nie miał wątpliwości, że trafił na swój „temat”.
Postanowił przenieść historię ż życia wziętą na ekran. Dostrzegł w niej
materiał na opowieść o ważkim społecznym problemie, co rok bowiem ponad milion chińskich
uczniów z wiejskich rejonów porzuca szkołę, by ciężko pracować na roli lub
szukać szczęścia w mieście. Ale Zhang zamierzał także opowiedzieć o determinacji
i poświęceniu młodej bohaterki. W filmie, który stanowi wierną rekonstrukcję
faktów, główną rolę nie mógł zagrać nikt inny, jak „prawdziwa” Wei Minzhi.
Dodajmy od razu - zagrała wspaniale. Wydawałoby się, że nic prostszego, jak
powtórzyć na ekranie, to co przytrafiło się jej w realnym życiu. Ale nagrodzona
na Festiwalu w Los Angeles nagrodą Young Artist Award, Wei pokazała, że słowo „grać”
w jej przypadku nie jest przesadzone. Dziewczyna stworzyła bowiem autentyczną
aktorską kreację, w której nie ma nic z nieudolnej amatorszczyzny. Na ekranie
bywa na przemian irytująca, wzruszająca, nieporadna, przedsiębiorcza, a w
każdym swoim geście i słowie - niewiarygodnie naturalna i przekonująca. Ale
słowa uznania należą się także pozostałym dziecięcym aktorom, odtwarzającym na
ekranie samych siebie w sposób równie naturalny i prawdziwy, co główna
bohaterka. Oczywiście, duża w tym zasługa Zhanga, który tak wspaniale
poprowadził naturszczyków, iż zagrali jak profesjonaliści.
Jak zdobyć kredę, autorytet i bilet na autobus
Że fabuła filmu Zhnanga jest pisana przez życie widać w nieustannym zaskakiwaniu
widza wydarzeniami tyleż kuriozalnymi, co możliwymi tylko w prawdziwym życiu.
Już fabularny punkt wyjścia można tak właśnie określić: oto trzynastoletnia
dziewczynka przybywa do zapadłej wiejskiej dziury by zastąpić nauczyciela.
Zastępczyni jest niewiele starsza od swoich uczniów, a jedyne co potrafi, to
zaśpiewać jedną piosenkę. Dopiero z czasem odkryje w sobie zamiłowanie do
matematyki i niemałe zdolności w tym kierunku. Jednak pierwsze dni jej pracy w
szkole polegają na spędzaniu do klasy rozbisurmanionych dzieciaków i zamykaniu
ich na klucz. Wei, z początku, nie ma ambicji, by czegokolwiek nauczyć swoich
niesfornych podopiecznych, lecz by nie pozwolić żadnemu z uczniów porzucić
szkoły, bo jest to konieczny warunek otrzymania obiecanej pieniężnej nagrody.
Pierwsza połowa filmu jest więc opowieścią o dojrzewaniu do odpowiedzialności,
o z dobywaniu autorytetu przez konsekwentne, cierpliwe i wytrwałe dążenie do
celu, ale także o rodzącej się głębokiej przyjaźni między, narzuconą z zewnątrz
i obcą „nauczycielką Wei” a jej rozbrykanymi podopiecznymi - dziećmi w różnym
wieku i o różnych, czasem bardzo trudnych, charakterach. Kulminacją procesu
wzajemnego zbliżania się Wei i jej uczniów są wspólnie podejmowane wciąż na
nowo próby zdobycia pieniędzy na autobusowy bilet do miasta.
Na pierwszym planie w tej części filmu znajduje się jednak konflikt Wei z
klasowym rozrabiaką i najbiedniejszym uczniem, Huike. Konflikt o tyle
niezwykły, że rozgrywający się niemal między rówieśnikami, których różni
jedynie społeczna rola „nauczyciela” i „ucznia”. O tyle też zaskakujący, że Wei
będzie zmuszona zawalczyć o sprawiającego jej największe kłopoty ucznia. Bilet
na autobus, który dziewczynka próbuje tak zawzięcie zdobyć, ma być jej
przepustką do miejskiego świata, w którym pracy i powodzenia szuka niepokorny
Huike. Dziewczynka wyrusza by go sprowadzić, ale zdanie nie będzie proste.
Wei w wielkim mieście
Druga połowa filmu rozpoczyna się w miejskiej scenerii, a kamera tym razem
skupia się na samotnej, zagubionej Wei i na jej rozpaczliwych, ale niezłomnych
próbach odnalezienia chłopca. Reżyser, a pamiętajmy, że tak naprawdę jest nim,
samo życie, co chwila rzuca kłody pod nogi młodziutkiej bohaterki. Problemem
okazuje się już samo dotarcie do miasta. Kiedy bohaterka zostaje wyrzucona z
autobusu za jazdę na gapę - nie zawraca, tylko pieszo, a potem autostopem,
pokonuje drogę do miasta. Gdy już do niego dotrze, okaże się, że Huike nie
mieszka pod wskazanym adresem. Ogląda się tę drugą połowę filmu niemal jak
thriller- tyle w nim emocji. Gdy tylko na horyzoncie pokaże się nadzieja, zaraz
okazuje się ona złudna. Wei, prawie jak mityczny Syzyf, mozolnie i z godną
podziwu determinacją, walczy z przeciwnościami losu. Nigdy się nie podaje,
nigdy nie rezygnuje, uparcie i namolnie próbuje osiągnąć cel, nie zraża się
niczym, nie pozwala się spławić i odpędzić, a jednak w końcu zapłacze. Bezradna
wobec strażniczki, która sztywno trzymając się przepisów, stanie jej na drodze
ostatecznej szansy nawiązania kontaktu z Huike. Czasem wręcz irytująca w swym
oślim uporze Wei zjednuje jednak bez reszty serca widzów. Nie jest ona w
twórczości chińskiego twórcy jedyną kobiecą postacią o takiej dzielności i sile
charakteru. Najbliższą krewną wydaje się być Qiu Ju, z filmu „Historia Qiu Ju”,
ale prawie każda z kobiecych postaci w „wiejskich filmach” Zhanga wykazuje niebywały
hart ducha.
Finał filmu przejmujemy z wielką satysfakcją. Choć brzmi on wręcz bajkowo, a w
wymiarze społecznym bynajmniej nie stanowi rozwiązania społecznego problemu
masowego exodusu młodych ludzi, porzucających naukę, to przyjmuje się go jako
zasłużoną nagrodę za dzielność i wytrwałość małej Wei.
Prowincja Zhanga Yimou
”Wszyscy albo nikt”, odwołując się do paradokumentalnej stylistyki, nawiązuje
zarówno do wiejskich filmów Zhanga „Czerwone sorgo”, „Ju Dou”, „Historia Qiu Ju”,
„Droga do domu”, „Tysiące mil samotności”), jak i angielskiego neorealizmu
(filmy Kena Loacha i Mike Leigha). Jest także interesującym przykładem
współzależności fikcji i pozafilmowej rzeczywistości. Z jednej strony dzieło
Zhanga odtwarza autentyczne wydarzenia, bohaterami są prawdziwi uczestnicy,
grający samych siebie, z drugiej strony zaś film nie wyzbywa się ingerencji
artysty. W filmie nie brak przecież kadrów, które nie maja charakteru
odtwórczego. Jest też wiele innych przejawów wkraczania w materię napisanej
przez życie historii: montaż, muzyka, zdjęcia. W jakim więc stopniu kamera
rejestruje życie, a w jakim go kreuje? Czy Zhang Yimou jest jedynym autorem
filmu?
W filmie, nie po raz pierwszy, pojawia się portret chińskiej prowincji, o
której w naszym kręgu kulturowym, powiedzielibyśmy, że jest zapomniana przez
Boga i ludzi. Zhang znał z autopsji życie i mieszkańców wiejskich terenów Chin.
Jako „źle urodzony”, syn byłego oficera Kuomintangu oraz młodszy brat
oskarżonego o szpiegostwo brata, skrywającego się na Tajwanie, poddany został „reedukacji”.
Siedem lat spędził na wsi, pracując w fabryce włókienniczej. Ponieważ były
bystrym obserwatorem, wiele z doświadczeń zdobytych w tamtym czasie wykorzystał
w pracy nad „wiejskimi filmami”. Ale Zhang nie tylko portretuje prowincję, on
także konfrontuje ją z miastem, pokazując jak wielka przepaść dzieli miasto i
wieś. Miasto jawi się jako zupełnie obca, niezbadana planeta, na której nawet
czas płynie inaczej, szybciej. Tym większy heroizm Wei, która w całkowicie
obcej jej rzeczywistości, potrafiła nie tylko przetrwać, lecz również osiągnąć
wytyczony cel.
Z pewnością to dzięki młodym,
wyjątkowym aktorom, „Wszyscy albo nikt” jest przede wszystkim film wielkiego
wzruszenia. Z pozoru wywołanie u widza emocjonalnego odbioru nie było zadaniem
trudnym, skoro film „oparto na faktach”, najważniejszymi postaciami są w nim
dzieci, a fabuła jest opowiedziana z punkt widzenia trzynastoletniej Wei. Lecz
w istocie, trzeba było ręki mistrza, aby z jednej strony historia nie zamieniła
się w natrętną publicystykę a z drugiej - by film nie wpadał w pułapkę taniego
sentymentalizmu. Zhang z gracją i niebywałym wyczuciem ominął wszelkie
czyhające na niego niebezpieczeństwa, opowiadając jedną z najpiękniejszych,
najbardziej wzruszających i zachwycających historii, jakie było dane mi
obejrzeć.
Z kamerą wśród
chińskiej, biednej, brzydkiej, nieciekawej, ale jakże fascynującej
codzienności wsi i miast. W najlepszym paradokumentalnym stylu.
Prawdziwi mężczyźni
nie płaczą. Ale na tym filmie będą ryczeć jak bobry. Fenomenalna Wei Mei w jednym
z najpiękniejszych, głęboko poruszających filmów o harcie ducha, uporze i
wytrwałości w historii napisanej przez życie.
Tsukiko i starsza Tomie są
siostrami. Młodsza ze sióstr należy do szkolnego kółka fotograficznego i
niewątpliwie zdradza talent w tej dziedzinie, uwagę jednak otoczenia skupia na
sobie piękna Tomie. Podczas jednej ze sesji fotograficznych Tsukiko dochodzi do
tragedii. Nagle z wysokiej wieży odrywają się dwa połączone w krzyż pręty i
przebijają na wylot Tomie. Mija rok. Tsukiko czuję się winna, rodzice wciąż nie mogą pogodzić się ze
stratą starszej córki. Tymczasem któregoś dnia w drzwiach mieszkania rodziców
Tsukiko staje cała i żywa… Tomie. Rodzice szybko akceptują to zdumiewające
wydarzenie, nie posiadając się z radości. Młodsza siostra jest jednak o wiele
bardziej nieufna. Zwłaszcza, że zmartwychwstała Tomie zaczyna w złowrogi sposób
oddziaływać na rodziców, którzy wydają się być jej całkowicie podporządkowani.
W końcu ojciec popada w kompletny obłęd i pewnego dnia zabija Tomie, której
ciało zostaje poćwiartowane. Nie mija wiele czasu, gdy któregoś razu w klasie
Tsukiko pojawia się nowa uczennica. Wygląda dokładnie jak Tomie, ponieważ… to
jest Tomie. Wkrótce najlepsza przyjaciółka Tsukiko, Yoshie oraz Toshio,
chłopak, w którym Tsukiko się podkochuje, zaczynają się dziwnie zachowywać….Czyżby
za zmianą w ich postępowaniu stała Tomie?
Tomie spotyka Maszynową Dziewczynę
Wszystko zaczęło się w 1987,
kiedy mało znany wówczas rysownik, Junji Ito zadebiutował mangą, „Tomie”.
Komiks opowiadał o tytułowej, niezwykle urodziwej nastolatce, która odznaczała
się szczególną, hipnotyczną mocą oddziaływania na innych, zwłaszcza na
przedstawicieli płci brzydkiej. Mężczyźni szaleńczo zakochiwali się w Tomie,
tracili dla niej głowy, popadali w obłęd, byli gotowi na każdy wyrzeczenie, nie
cofali się nawet przed morderstwem. W końcu doprowadzeni do ostateczności przez
Tomie, w okrutny sposób zabijali pozbawioną uczuć dziewczynę. Wówczas bohaterka
ujawniła swą drugą, monstrualną naturę. Zdolna odrodzić się z pojedynczej
tkanki swego ciała, potrafiąca rozmnażać się jak wirus i zmieniać kształt
okazywała się być nieśmiertelnym potworem, wiecznym bytem, metaforą
niezniszczalnego zła. Genialny w swej prostocie pomysł Ito na bohaterkę rodem z
najgorszego koszmaru wzbudził ogromne zainteresowanie czytelników a także… producentów
filmowych. Dziś „Tomie”,
zwłaszcza poza granicami Japonii, kojarzona jest raczej z liczącą sobie aż
dziewięć niezależnych części serią
filmową niż serią komiksową Ito. „Tomie Unlimited” w reżyserii Noboru Iguchiego
to jak do tej pory ostatnia odsłona przygód nieśmiertelnej bohaterki.
Iguchiego nie trzeba
przedstawiać. W tej chwili wraz z Yoshihiro Nishimurą są najpopularniejszymi
twórcami japońskiego horroru, nawet jeśli horror ten ma więcej z kina akcji,
zwariowanej groteski i świadomego kiczu. Iguchi, twórca kultowej „The Machine
Girl” reprezentuje kino bez żadnych ograniczeń estetycznych; szalone tsunami
kiczu, makabry, gore, groteski, surrealizmu i czarnego humoru. Krótko mówiąc:
wszystko to, czym J-horror, którego seria „Tomie” jest jednym z najbardziej
klasycznych osiągnięć, nie jest. A jednak to właśnie film Noboru Iguchiego
okazał się najwierniejszą, choć nadal swobodną adaptacją komiksowego oryginału.
Twórca „RoboGeishy” jest bowiem facetem nie tylko o oryginalnej, imponującej
wyobraźni i wyjątkowo złym guście, ale również filmowym anarchistą,
bezkompromisowym artystą i inteligentnym prześmiewcą. Cechy te pozwoliły mu
stworzyć jeden z najlepszych filmów serii.
Monstroeska
Fabuła jest nieprzyzwoicie prosta
i praktycznie sprowadza się do kolejnych coraz bardziej makabrycznych mordów na
demonicznej Tomie, która z każdym razem odradza ( i rozmnaża się) w coraz
bardziej groteskowych, surrealistycznych postaciach. A to jest rośliną z ludzką
głową wyrastającą z kubła na śmieci, a to mikroskopijnymi główkami w puszcze z
ryżem, a to bezgłowym korpusem czy najbardziej spektakularną mutacją: podobnym
do wija stworzeniem zamiast segmentów ciała wyposażonym w zrośnięte głowy o
twarzy Tomie. To właśnie kolejne coraz bardziej zdeformowane kształty, w
których odradza się tytułowa bohaterka są największą atrakcją filmu wokół,
której zbudowano całą nieskomplikowaną fabułę. Bowiem Iguchi w przeciwieństwie
do poprzednich twórców serii „Tomie”, zaakcentował w swym filmie monstrualną
stronę nastolatki. Tomie jeszcze nigdy nie była tak odrażającym potworem,
ponieważ zazwyczaj podkreślano uwodzicielski charakter jej ludzkiego wyglądu,
czyniąc z niej kogoś w rodzaju femme
fatale. Dopiero Iguchi pokazał, że Tomie jest również monstrum. Dlatego
można mu wybaczyć zatrudnienie do tytułowej roli niezbyt atrakcyjnej,
wyglądającej i grającej jak manekin Miu Nakamury, ponieważ aktorka częściej
pojawia się w postaci dalece odczłowieczonej niż „normalnej”. Na szczęście
widzowi nie wmawia się, że to jej oszałamiająca uroda sprawia, że ludzie
wariują na jej punkcie. Popadają w morderczy obłęd natomiast, ponieważ jest ona
budzącym nieludzkie przerażenie potworem. Dlatego też Nakamura okazuje się w
ostatecznym rozrachunku doskonałym wyborem, ponieważ posiada w sobie pewien
niepokojący rys, podkreślający nieludzki charakter jej bohaterki.
Koniec nie wieńczy całości
Niestety ten pełen zdumiewających scen, przyzwoicie zagrany i sprawnie
wyreżyserowany film traci wiele ze swoich atutów w przekombinowanym,
pretensjonalnym, bełkotliwym finale. Można odnieść wrażenie, że Iguchi pragnął
zwieńczyć swój obraz niebanalnie, oryginalnie i ambitnie, ale nie miał żadnego
pomysłu, jak pokazać to na ekranie. Przedłuża zatem niemiłosiernie historie,
miesza sen z jawą, powtarza sceny, ale wszystkie te zabiegi przypominają
poruszanie się ślepego we mgle. Choć od strony wizualnej zwieńczenie filmu jest
najbardziej widowiskowe, treściowo wypada wyjątkowo chaotycznie i irytująco. Niemniej
„Tomie Unlimited” to bez wątpienia jeden z najbardziej udanych filmów z serii o
demonicznej nastolatce i niewątpliwie potwierdzenie reżyserskiego talentu
Noboru Iguchiego.
Młody rzemieślnika Yan Chixia w
swej wędrówce dotarł do pewnej chińskiej wioski. Cierpiący od wielu miesięcy na
brak wody mieszkańcy osady biorą Yana za przysłanego przez dwór specjalistę,
który ma zapobiec wysychaniu miejscowych studni. Yan, nie mając zbyt wielkiego
wyboru, nie wyprowadza ich z błędu i wyrusza do źródła, które zasila studnie.
Ponieważ źródło znajduje się na Czarnej Górze, cieszącej się wśród wieśniaków
opinią przeklętego miejsca, w wyprawie towarzyszy Yanowi… grupa kryminalistów.
Bohaterowie docierają do Czarnej Góry i znajdującej się na niej świątyni Lan
York Tze, w której umiejscowione jest źródło. Na miejscu Yan oraz jego
towarzysze zostają uwiedzieni przez piękne kobiety,
które w istocie są demonami. Wśród kobiecych demonów jest Nie Xiaoqian, która
nie tylko oszczędza Yana, ale z wzajemnością się w nim zakochuje.
Niespodziewanie w świątyni pojawia się Ning Caichen, łowca demonów i były
ukochany Nie. Dziewczyna jednak nie pamięta dawnej miłości
i traktuje Ninga jak wroga, zwłaszcza, że w przeciwieństwie do Yana, wie on o
demonicznej naturze Nie. Tymczasem młodzi zakochani decydują się uciec ze
świątyni, lecz stary Demon Drzewa, na których usługach są kobiety demony, nie
toleruje nieposłuszeństwa. Życie Yan i Nie jest poważnie zagrożone a jedyną
osobą, która skutecznie może im pomóc jest Ning.
Komercyjne uroki remake`u
W 1987 r. Ching Siu-ting
wyreżyserował słynne “Chińskie duchy” – żywiołową, pełną energii i humoru
gatunkową hybrydę fantasy, horroru, komedii,
musicalu oraz filmu sztuk walki. Obraz szybko zyskał status dzieła kultowego i
klasyka hongkońskich „horrorów kung fu”. Ching Siu-ting nakręcił jeszcze dwa
całkiem udane sequele, lecz najlepszym filmem z trylogii pozostał pierwszy
film. Dlaczego zatem chińscy producenci po dwudziestu czterech latach
zdecydowali się sięgnąć po obraz Chinga? Oglądając remake „Chińskich duchów”
pod tytułem – co za niespodzianka! – „A Chinese Ghost Story” łatwo się
domyślić, po co komu nowa wersja kultowego filmu.
W
licznych recenzjach z nowej wersji „A Chinese Ghost Story” wyreżyserowanej
przez doświadczonego hongkońskiego reżysera, Wilsona Yipa („Kill Zone”, „Ip
Man”) często podnoszono zarzut, że to „niepotrzebny remake”. Można jednak
zapytać czy w ogóle jakikolwiek remake jest potrzebny, zwłaszcza gdy odnosi się
on do dzieła uznanego lub kultowego? Z artystycznego punktu widzenia ponowna
realizacja oryginału jest zdecydowanie działaniem odtwórczym. Jednak wielu
widzów zapomina, że kino to gigantyczny przemysł filmowy, generujący olbrzymie
pieniądze. I choć zgadzam się z tymi recenzentami, którzy uważają obraz Yipa za
zbędny, to pod względem komercyjnym jest wręcz przeciwnie. Zatem podstawowa
różnica miedzy „Chińskimi duchami” z 1987 r. a z 2011 r., poza oczywiście
różnicami fabularnymi i realizacyjnymi, polega na tym, że obraz Chinga był
filmem powstałym z autentycznej pasji reżysera oraz jego ekipy, zaś wersja Yipa
to ostentacyjnie komercyjne widowisko. Jasne, to żaden odkrycie. Przecież
właśnie po to kręci się remake`i by na sławie, popularności a ostatnio coraz
częściej także na „kultowości” oryginału jak najwięcej zarobić. W przypadku
jednak „A Chinese Ghost Story” ważniejsze od słowa „komercja” jest słowo
„ostentacyjne”. W komercji jako takiej nie ma niczego złego. Dlaczego film, w
które włożono spore pieniądze nie ma przynieść zysku jego twórcom? Rzecz jednak
w tym, aby w pogoni za zyskiem nie spaść z poziomu poniżej, którego zaczyna się
ordynarne schlebianie mało wyrafinowanym gustom odbiorców. Ważne także aby komercyjny
charakter nie narzucał się widzom. Film Yipa choć trzyma poziom, to jednak ma
poważne kłopoty z cnotliwą powściągliwością swego komercyjnego wymiaru. I
pewnie z tego powodu wielu recenzentów ocenia nową wersję „Chińskich duchów”
dość surowo.
Tandety żal...
Co
zatem tak kole w oczy? Film Chinga to było kino klasy B, a obraz Yipa to
chińska superprodukcja, w której nie został zmarnowany ani jeden chiński yuan i
hongkoński dolar. Nowa wersja to oszałamiające widowisko, którego pozazdrościć
mógłby Michael Bay i Steven Spielberg. Film niebywale efektowny, atrakcyjny
wizualnie (niektóre ujęcia są tak zachwycająco piękne, że zatrzymywałem film,
aby nacieszyć nimi oko), dopieszczony w każdym szczególe, przypominający
bardziej prawie dwugodzinny teledysk niż film kinowy. Nie można też nie
wspomnieć o efektach CGI, którym nafaszerowano niemal cały film oraz o
akrobatycznych, znacznie przewyższających oryginał pod względem rozmachu i
inwencji scenach walki. Krótko mówiąc: „ A Chinese Ghost Story” to
chińsko-hongkońska specjalność ostatnich lat – megawidowisko wu xia. A właśnie tych tandetnych
efektów z oryginału żal najbardziej. Gumowego jęzora demona Matrony,
nieudolnych tylnych projekcji, lin, na których podwieszani byli aktorzy,
staroświeckiej animacji poklatkowej, bo w dużej mierze to one kreowały
atmosferę radosnego kiczu.
Ale są różnice nieco bardziej wyrafinowane. Film Chinga była szaloną mieszanką
gatunkowo-stylistyczną, zaś obraz z 2011 r. to właściwie…. melodramat fantasy.
Zrezygnowano z najbardziej irytujących zachodniego widza elementów oryginału,
czyli ze slapsticku i wstawek muzyczno-wokalnych. Bo właśnie głównie z myślą o
widzu zachodnim jest to robiony film. Miłość to temat uniwersalny, nadto mimo
iż w filmie pojawiają się demony, można film o romantycznej miłości pokazać nie
tylko dorosłym, ale widzom nieco młodszym. Aby uwypuklić romansowy charakter
filmu zmieniono fabułę: u Chinga w Nie zakochany był tylko jeden mężczyzna, w
„A Chinese Ghost Story” – dwóch (łowca demonów i Ning). Niemal w całości
wyrugowano natomiast elementy horroru: groza jeśli się pojawia, to tylko
komputerowa, a wiadomo, że to żadna groza. Wskutek poważnego ograniczenia
ilości horroru (którego już w obrazie z 1987 r. nie było za wiele) ucierpiała
szczególnie postać Demona Drzewa. U Chinga to była androgyniczna istota
utrzymana w tandetnej, kiczowatej estetyce, u Yipa to czarownica,
przypominająca Michelle Pfeifer z „Gwiezdnego pyłu”. Podczas, gdy „Chińskie
duchy” znakomicie bawiły się pojęciem genderu, w nowej wersji wszystko jest
jednoznaczne, by widz zachodni nie pogubił się w tym kto jest kim i aby skupił
się na atrakcjach widowiska. Szkoda, bo to wyraźne zubożenie w stosunku do
filmu Chinga.
A ja się nie obrażam
Mimo swej ostentacyjnej komercyjności „A Chinese Ghost Story” nie wzbogacił
swoich twórców w sposób szczególnie spektakularny. W Hongkongu film zarobił ok.
czterech milionów hongkońskich dolarów, ale dla porównania „Sex and Zen”
Extreme Fanasy 3 D” - ponad czterdzieści jeden. Z pewnością też obraz Yipa nie
zyska statusu dzieła kultowego ani nie przekona do siebie fanów „Chińskich
duchów” z 1987 r.. Ale ja się na film twórcy „Ip Mana” nie będę obrażał.
Wiadomo było, że nowa wersja będzie pełnym rozmachu widowiskiem, że nastawiona
będzie głównie na zainteresowanie zachodniej publiczności. Ten cel się udał: film
jest imponujący od strony realizacyjnej, sprawnie opowiedziany, przyzwoicie
zagrany a bardziej wrażliwych może wzruszyć. A że nie przestraszy? A czy
„Chińskie duchy” Ching Siu-tinga były kogoś w stanie przerazić?
Wątek dwoistości charakteru
Sadako rozwijał późniejszy o dwa lata prequel obrazu Nakaty - „Ring 0: The
Birthday” w reżyserii Norio Tsuruty Obraz przynosił odpowiedź na pytanie: w jakich
okolicznościach Sadako stała się żądnym zemsty potworem. Otóż, okazywało się,
że bohaterka była tak naprawdę łagodna jak baranek. Ba, posiadała nawet dar
uzdrawiania nieuleczalnie chorych, a także wyróżniała się niezwykłą urodą i
aktorskim talentem. Nie czuła się jednak szczęśliwa. Małomówność i
tajemniczość, nie zjednywały jej otoczenia, raczej budziły nieufność a nawet wrogość.
Na domiar złego prześladowały ją makabryczne wizje oraz dusze zmarłych, które
spotykała na każdym kroku. Ale dziewczynę nękał ktoś jeszcze – Sadako!
Sadako - najsłynniejsza zjawa
przełomu wieków. Bohaterka siedmiu filmów kinowych (w tym dwóch amerykańskich
remake`ów oraz jednego koreańskiego), filmu telewizyjnego, dwóch seriali, trzech
książek, siedmiu komiksów (manga), gry komputerowej, słuchowiska, parku
rozrywki oraz niezliczonej ilości filmów grozy z mniej lub bardziej udanymi
klonami długowłosego upiora. Całkiem niezły dorobek jak na małą dziewczynkę,
która na dodatek trzydzieści lat spędziła na dnie kamiennej studni. Miejsce w
panteonie sław horroru – Frankensteina, Jasona Voorheesa czy Hannibala Lectera -
zdobyła dzięki ogromnej popularności powieści Kôji Suzukiego (jak dotąd "Ringu"
sprzedano w ilości 3 mln egzemplarzy) oraz
filmów adaptujących literackie wątki na potrzeby kina
Wbrew pozorom słowo wcale nie
było na początku. Najpierw była inspiracja, której dostarczyła Kôji Suzukiemu
autentyczna historia z pierwszych lat ubiegłego wieku. Tomokichi Fukari (pierwowzór postaci Heichahiri Ikumy, ojca Sadako),
profesor wydziału psychologii na Uniwersytecie Tokijskim, żywo interesował się
paranormalnymi zjawiskami. Od roku 1910 prowadził badania mające na celu
naukowe udowodnienie istnienia nieznanych dotąd sił ukrytych w ludzkim umyśle. Jedną
z osób, która szczególnie go interesowała, nazywała się Sadako Takahashi - protoplastka
powieściowej i filmowej bohaterki. Kobieta dysponowała niezwykła mocą, która podobno pozwalała jej wpływać na stan nośników
obrazu.
Sadako, z wydanej w 1991 r.
powieści Suzukiego, "Ringu", różni się znacznie od swojej filmowej
siostry-bliźniaczki. Choć pojawia się na drugim planie powieściowych wydarzeń, dokładnie
poznajemy jej życiorys od chwili narodzin w 1947 r. po straszliwą śmierć dwadzieścia
lat później na dnie opuszczonej studni. Suzuki wykreował postać z krwi i kości,
wyróżniającą się wyjątkową urodą, parapsychicznymi zdolnościami i pewną
biologiczną anomalią. Sadako przedstawiona jest jako kochająca córka,
troszcząca się zarówno o matkę Shizuko, jak o Heichahiro Ikumę - profesora
psychiatrii i kochanka Shizuko oraz domniemanego ojca dziewczyny. Dowiadujemy
się ponadto, że w swoim krótkim życiu przez pewien czas była związana jako
stażystka z teatrem, miała brata, który po czterech miesiącach od urodzenia
zmarł oraz, że bezbłędnie przepowiedziała wybuch wulkanu Mihara, czym zyskała
ogromną popularność wśród mieszkańców rodzinnej wyspy Izu. Sadako tylko raz
podczas ziemskiego życia wykorzystała ponadnaturalne zdolności ze skutkiem
śmiertelnym. Ale w tym przypadku pozbawienie życia nie oznaczało aktu agresji z
jej strony, lecz było działaniem w obronie własnej, przed niedwuznacznymi
zamiarami kolegi aktora, nieświadomego drzemiących w pięknej dziewczynie mocy.
Najbardziej zaskakujące,
zwłaszcza dla osób przywykłych traktować wersję filmową za jedyną słuszną,
okazują się okoliczności śmierci Sadako. Powieściowa bohaterka nie została
zamordowana, lecz w istocie popełniła samobójstwo. Przy okazji czytelnik
poznaje jeszcze jedną tajemnicę bohaterki - Sadako tylko wyglądała jak kobieta,
ale w rzeczywistości była hermafrodytą.
Rewelacja niczym z wenezuelskiej
telenoweli albo… „Gry pozorów” Neila Jordana, ale ma głębsze uzasadnienie.
Wiele bóstw przedstawiono jako istoty androgyniczne, a Sadako ze swoją mocą
przekraczającą ludzkie możliwości, mogłaby bez przeszkód dołączyć do boskiego
grona. Ale w książce pojawia się jeszcze inna sugestia, zdaje się, że nawet
silniejsza. Po swojej śmierci dziewczyna, staje się nie tyle duchem, co
szczególnego rodzaju …wirusem. Pamiętamy też, że jedynym sposobem uniknięcia
klątwy Sadako jest skopiowanie kasety z dziwnym filmem i pokazanie go komuś
innemu. Czy ten rytuał nie przywodzi na myśl zachowanie wirusa
rozprzestrzeniającego się przez reprodukcję?
Spośród kinowych filmów
najwierniejszy powieści jest obraz koreańskiego reżysera Dong-bin Kima,
"The Ring Virus" (1999). Odstępstwa od literackiego pierwowzoru - można by rzec - są techniczne. Koreańska
Sadako nosi imię Park Eun-suh, a w samobójstwie dopomógł jej nie doktor Jotaro
Nagao (jak w książce), lecz chory na syfilis malarz Kyung-pi. W filmie
Dong-bina pojawia się także, nieobecna w powieści, "scena z
telewizorem" - widoczny znak wpływu tylko o rok wcześniejszego
"Ringu" Hideo Nakaty.
Nakata oraz scenarzysta, Hiroshi
Takahashi obrali inną drogę. Dokonali tak daleko idących zmian w scenariuszu
filmu, że mamy raczej do czynienia z reinterpretacją niż adaptacją utworu
Suzukiego. Wizerunek filmowej Sadako, rzecz jasna, też uległ znaczącej zmianie.
Najdosadniej jej postać określają słowa jednego z bohaterów „Ringu”, kuzyna
matki Sadako, Takashi Yamamury – „(Ona)
była potworem!”. Osobiście pojawia się ledwie w trzech scenach, ale w
zupełności wystarczy, by stworzyć wrażenie obcowania z istotą demoniczną,
uosobieniem zła absolutnego. Przekonujemy się o przerażającej naturze bohaterki
już podczas stylizowanej na czarno-białą kronikę sceny demonstracji zdolności
Shizuko. Nota bene scena ta odwołuje się do autentycznego pokazu, który odbył
się 15 września 1910. Przedstawienie dla zaproszonych dziennikarzach
zorganizował wspomniany już profesor Fukari, a swoje nadnaturalne umiejętności
zaprezentować miała Chizuko Mifune (pierwowzór postaci matki Shizuko). Pokaz
zakończył się kompromitacją a młoda dziewczyna otruła się rok później. Podczas
pokazu nikt jednak nie zginął. Śmiertelna ofiara pojawiła się natomiast w
„Ringu” Nakaty. Sprawczynią tragedii
okazała się Sadako.
W całej okazałości objawia się jednak
w trwającej zaledwie kilka minut „scenie z telewizorem”. To głównie dzięki niej
„Ringu” zajęło szóste miejsce w angielskim plebiscycie "The 100 Greatest
Scary Moments" (rok 2004). Nakata wymyślił tę scenę zainspirowany
„Videodromem” Davida Cronenberga (Hiroshi Takahashi z kolei jako źródło
inspiracji wymienia „Ducha” Tobe Hoopera). Warto także dodać, że przerażający
nieludzki chód Sadako uzyskano za sprawą prostego technicznego zabiegu. Grającą
postać Sadako Rie Inou sfilmowano idącą do tyłu, a następnie odtworzono
nagranie od tyłu. „Połamany chód”, jak cała postać upiora, wkrótce stały się obowiązkowymi
elementami konwencji azjatyckiej ghost story.
Z filmowych inspiracji twórców
„Ringu” najistotniejsze jest nawiązanie do klasycznego obrazu o duchach z 1959
r., „The Ghost of Yotsuya” Nobuo Nakagawy. W filmie tym pojawia się jeden z
najpopularniejszych duchów z Kraju Kwitnącej Wiśni – Oiwa (Oiwa-san). Oiwa była żoną osiemnastowiecznego samuraja, który, według
legendy, pod wpływem kochanki podał żonie straszną truciznę oszpecającą ofiary
przed śmiercią. Oiwa, zanim zmarła, straciła jedno oko, a drugie
wychodziło jej z oczodołu. W akcie zemsty, po śmierci wróciła, aby
nachodzić męża. Charakterystyczny był także wygląd słynnego ducha – długie
czarne włosy, opadające na twarz i długie białe szaty.
Oiwa
należała do szczególnej kategorii istot nadprzyrodzonych, znanych japońskiemu
folklorowi. Onryō to podgatunek duchów,
których jedynym celem istnienia jest zemsta. Wedle japońskiej tradycji dusze, które znajdują się w chwili śmierci pod
wpływem potężnych emocji - miłości, zazdrości, nienawiści lub żalu zostają
uwięzione w między wymiarowej pułapce. Aby się z niej uwolnić muszą powrócić do
świata żywych i dopełnić swego ziemskiego żywota, mszcząc się albo kończąc
sprawy, których sfinalizowanie przerwał nagły zgon.
Z gatunku onryō wywodzi się także Okiku – kolejny duch zamordowanej kobiety,
który stał się jednym z ulubionych bohaterów japońskich opowieści grozy („kaidan”). Okiku, zgodnie z najbardziej rozpowszechnioną wersją legendy,
była służącą samuraja. Okrutny pan wyrzucił dziewczynę do studni, w której po
wielu dniach zmarła z wycieńczenia i głodu. Po śmierci Okiku nadszedł czas
zemsty – każdej nocy zjawa wyczołgiwała się ze studni i prześladowała z taką
zawziętością samuraja, że ten w końcu popadał w szaleństwo.
Poza nadaniem postaci Sadako
wizerunku odwołującego się popularnego obrazu mściwego ducha, Nakata wespół z
Takahashim dokonał jeszcze jednej znaczącej zmiany. Upiorna bohaterka jest w
filmie dziewczynką, a jej imię oznaczające w języku japońskim „wierne lub
szczęśliwe dziecko”(sada-kó) świadomie nawiązuje do autentycznej postaci Sadako
Sasaki – dziewczynki, która przeżyło atak atomowy na Hiroszimę.
W Japonii zrobiło się o niej głośno, ponieważ wykonała 1000 papierowych żurawi
origami, co według japońskiej legendy dawało jej prawo do spełnienia jednego
życzenia. Choć umierała na białaczkę, życzyła sobie nie uzdrowienia, tylko
pokoju na świecie. Dziewczynka jest dziś uważana za symbol niewinnego dziecka
skrzywdzonego przez dorosłych. Choć w portrecie Sadako rys demoniczny zwraca
największą uwagę, równie ważne okazuje się, że jest ona dziewczynką odtrąconą
przez bliskich a w końcu zamordowaną przez ojca. To gniew, który przez
trzydzieści lat zamknięcia na dnie wilgotnej lodowatej studni kumulował w
Sadako zabójczą moc, uczynił z niej demona. Dziewczynce wcale nie zależało -
jakby się z początku mogło zdawać - na odzyskaniu utraconej miłości bliskich,
lecz na tym by dosłownie każdy mieszkaniec Ziemi dowiedział się o jej
nieszczęściu.
Artykuł pierwotnie ukazał się na łamach nieistniejącego już magazynu grozy CZACHOPISMO Nr.3/2007