czwartek, 31 maja 2012

THE FLOWERS OF WAR (Jin líng shí san chai, Chiny/Hongkong, 2011)



Gdy bohaterowie muszą przetrwać w obliczu trudności, wówczas objawia się znaczenie życia.
/Zhang Yimou, reżyser/ 


O co chodzi?

Początek grudnia 1937 r., II wojna japońsko-chińska. Nankin ówczesna stolica Chin zostaje zdobyta przez Armię Cesarstwa Kraju Wschodzącego Słońca, która w okupowanym mieście wprowadza terror na niespotykaną skalę. Mnożą się masowe egzekucje jeńców, okrutne mordy na cywilach, chińskie kobiety, niezależnie od wieku, są brutalnie gwałcone i przeważnie zabijane. Tętniące życiem miasto, ponad milionowe Nankin, zamienia się w piekło na ziemi. Jedynym miejscem, którego wojenny koszmar zdaje się nie ogarniać, jest gotycka katedra. W jej przestronnym wnętrzu schronienie znajduje grupa dziewcząt ze szkoły katolickiej oraz opiekujący się nimi George, adoptowany syn zamordowanego proboszcza. Wkrótce za uczennicami przebywa także Amerykanin, John Miller, były przedsiębiorca pogrzebowy, a obecnie włóczęga i pijak.  Sytuacja znajdujących się w katedrze uciekinierów ulega diametralnej zmianie, gdy nieoczekiwanie dołącza do nich grupa prostytutek z dzielnicy „czerwonych latarń” pod przywództwem pięknej i uwodzicielskiej Yu Mo. Z obecności pod jednym dachem pań lekkich obyczajów uczennice nie są zadowolone, co przeradza się w otwarty konflikt miedzy nimi. John jest natomiast zadowolony o wiele bardziej, ale Yu Mo stawia sprawę jasno: jeśli umożliwi ucieczkę jej oraz koleżankom zostanie „wynagrodzony” przez dziewczyny. Jednakże, gdy pewnego dnia oddział japońskich żołnierzy wpada do katedry, omal nie doprowadzając do masowej tragedii wśród bezbronnych uczennic, wszystkie konflikty stają się nieistotne. W obliczu grozy wojny człowieczeństwo bohaterów filmu zostanie poddane ciężkiej próbie.

piątek, 25 maja 2012

HANDPHONE (Haendeupon, Korea Płd., 2009)

 

 

O co chodzi?

 

Seung-min jest młodym, utalentowanym managerem agencji reklamowej. Właśnie prowadzi akcję promocyjną, mającą na celu wylansowanie młodej i atrakcyjnej gwiazdki, Jin-ah. Bohater nie tylko promuje dziewczynę, ale także romansuje z nią. Podczas jednej z gorących i upojnych nocy spędzonych z Jin-ah ktoś filmuje uprawiającą miłość parę. Seung-min otrzymuje na swój telefon ów z pozoru niewinny filmik, a dla niego wielce kłopotliwy. Co się bowiem stanie gdy zobaczy to nagranie jego żona, Jeong-yeon? Seung-min nie zastanawia się długo. Szybko udaje mu się ustalić filmowca-amatora i autora filmu. Okazuje się nim były chłopak Jin-ah, który zamierza nieco oskubać z pieniędzy managera. Seung-min bez problemu radzi sobie z szantażystą i odzyskuje kompromitujący go film, nie płacąc nic za jego odzyskanie. Pech sprawia, że bohater gubi swój telefon z niebezpiecznym nagraniem. Zrozpaczony stara się go odnaleźć, ale ubiega go przypadkowy znalazca. Zamiast jednak skontaktować się z Seung-minem kontaktuje się z jego żoną, sugerując niewierność męża. Od tego momentu rozpoczyna się śmiertelnie niebezpieczna gra między znalazcą telefonu a jego właścicielem.

piątek, 18 maja 2012

NOT ONE LESS (Yi ge dou bu neng shao, 1999, Chiny)



O co chodzi?
Współczesne Chiny. Porzucona gdzieś w górach mała wioska. Tamtejsza szkoła ma powazny problem, ponieważ nauczająca okoliczne dzieciaki nauczycielka Gao zmuszona jest na miesiąc wyjechać do umierającej matki. Znalezienie zastępstwa staje się najplenniejszą sprawą dla naczelnika wioski, ponieważ stopniowa wykrusza się liczba uczniów uczęszczających na zajęcia.  Z braku innych kandydatów na stanowisku nauczycielki zatrudniona zostaje trzynastoletnia Wei Minzhi z sąsiedniej wsi. Dziewczynka nie ma żadnego pojęcia o nauczaniu, ale ponieważ sołtys obiecał jej, że jeśli uda się jej zatrzymać uczniów w komplecie, otrzyma wypłatę. Wei każe dzieciom przepisywać różne teksty z tablicy, a sama zamyka drzwi szkoły i siedząc na progu pilnuje, by nikt nie opuścił budynku. Jednakże i tak nie udaje się jej upilnować jednego z uczniów dzieśięcioletniego Zhang Huike, który pewnego nie pojawia się na lekcjach. Okazuje się, że jego matka wysłała go do miasta, by poszukał pracy. Zrozpaczona, ale i zdesperowana Wei postanawia zdobyć pieniądze na bilet i odszukać chłopca.

Scenariusz: życie

Twórczość najsłynniejszego z reżyserów Piątej Generacji Zhanga Yimou, z grubsza przebiega dwutorowo. Z jednej strony oszałamiające widowiska, warte dziesiątki milionów dolarów superprodukcje, takie jak  „Hero”, „Domu latających sztyletów”, „Cesarzowa”, opowiadające o zamierzchłych dziejach Chińskiego Cesarstwa, z drugiej zaś kameralne dramaty rozgrywające się przeważnie w dwudziestowiecznych Chinach: „Ju-Dou”, „Opowieść o Qiu Ju”, „Droga do domu”, „Tysiące mil samotności” czy najnowszy „Pod drzewem głogu”  I choć dzięki tym wielkim historyczno-kostiumowym widowiskom, a także reżyserii ceremonii otwarcia i zamknięcia Olimpiady w Peknie, o Zhangu głośno jest na świecie, miano jednego z najznakomitszych, współczesnych, chińskich reżyserów zawdzięcza tym o wiele skromniejszym produkcjom. Warto przypomnieć sobie jedną z nich, pochodzący z roku 1999, film pt. „Wszyscy albo nikt” („Not One Less”).

Dzieło Zhanga Yimou to jeden z najwybitniejszych filmowych przykładów, potwierdzających starą prawdę, że najlepsze scenariusze pisze życie. Reżyser, przeczytawszy przypadkiem w jedynym z magazynów historię Wei Minzhi, biednej wiejskiej trzynastolatki, nie miał wątpliwości, że trafił na swój „temat”. Postanowił przenieść historię ż życia wziętą na ekran. Dostrzegł w niej materiał na opowieść o ważkim społecznym problemie, co rok bowiem ponad milion chińskich uczniów z wiejskich rejonów porzuca szkołę, by ciężko pracować na roli lub szukać szczęścia w mieście. Ale Zhang zamierzał także opowiedzieć o determinacji i poświęceniu młodej bohaterki. W filmie, który stanowi wierną rekonstrukcję faktów, główną rolę nie mógł zagrać nikt inny, jak „prawdziwa” Wei Minzhi. Dodajmy od razu - zagrała wspaniale. Wydawałoby się, że nic prostszego, jak powtórzyć na ekranie, to co przytrafiło się jej w realnym życiu. Ale nagrodzona na Festiwalu w Los Angeles nagrodą Young Artist Award, Wei pokazała, że słowo „grać” w jej przypadku nie jest przesadzone. Dziewczyna stworzyła bowiem autentyczną aktorską kreację, w której nie ma nic z nieudolnej amatorszczyzny. Na ekranie bywa na przemian irytująca, wzruszająca, nieporadna, przedsiębiorcza, a w każdym swoim geście i słowie - niewiarygodnie naturalna i przekonująca. Ale słowa uznania należą się także pozostałym dziecięcym aktorom, odtwarzającym na ekranie samych siebie w sposób równie naturalny i prawdziwy, co główna bohaterka. Oczywiście, duża w tym zasługa Zhanga, który tak wspaniale poprowadził naturszczyków, iż zagrali jak profesjonaliści.

Jak zdobyć kredę, autorytet i bilet na autobus

Że fabuła filmu Zhnanga jest pisana przez życie widać w nieustannym zaskakiwaniu widza wydarzeniami tyleż kuriozalnymi, co możliwymi tylko w prawdziwym życiu. Już fabularny punkt wyjścia można tak właśnie określić: oto trzynastoletnia dziewczynka przybywa do zapadłej wiejskiej dziury by zastąpić nauczyciela. Zastępczyni jest niewiele starsza od swoich uczniów, a jedyne co potrafi, to zaśpiewać jedną piosenkę. Dopiero z czasem odkryje w sobie zamiłowanie do matematyki i niemałe zdolności w tym kierunku. Jednak pierwsze dni jej pracy w szkole polegają na spędzaniu do klasy rozbisurmanionych dzieciaków i zamykaniu ich na klucz. Wei, z początku, nie ma ambicji, by czegokolwiek nauczyć swoich niesfornych podopiecznych, lecz by nie pozwolić żadnemu z uczniów porzucić szkoły, bo jest to konieczny warunek otrzymania obiecanej pieniężnej nagrody. Pierwsza połowa filmu jest więc opowieścią o dojrzewaniu do odpowiedzialności, o z dobywaniu autorytetu przez konsekwentne, cierpliwe i wytrwałe dążenie do celu, ale także o rodzącej się głębokiej przyjaźni między, narzuconą z zewnątrz i obcą „nauczycielką Wei” a jej rozbrykanymi podopiecznymi - dziećmi w różnym wieku i o różnych, czasem bardzo trudnych, charakterach. Kulminacją procesu wzajemnego zbliżania się Wei i jej uczniów są wspólnie podejmowane wciąż na nowo próby zdobycia pieniędzy na autobusowy bilet do miasta.

Na pierwszym planie w tej części filmu znajduje się jednak konflikt Wei z klasowym rozrabiaką i najbiedniejszym uczniem, Huike. Konflikt o tyle niezwykły, że rozgrywający się niemal między rówieśnikami, których różni jedynie społeczna rola „nauczyciela” i „ucznia”. O tyle też zaskakujący, że Wei będzie zmuszona zawalczyć o sprawiającego jej największe kłopoty ucznia. Bilet na autobus, który dziewczynka próbuje tak zawzięcie zdobyć, ma być jej przepustką do miejskiego świata, w którym pracy i powodzenia szuka niepokorny Huike. Dziewczynka wyrusza by go sprowadzić, ale zdanie nie będzie proste.

Wei w wielkim mieście

Druga połowa filmu rozpoczyna się w miejskiej scenerii, a kamera tym razem skupia się na samotnej, zagubionej Wei i na jej rozpaczliwych, ale niezłomnych próbach odnalezienia chłopca. Reżyser, a pamiętajmy, że tak naprawdę jest nim, samo życie, co chwila rzuca kłody pod nogi młodziutkiej bohaterki. Problemem okazuje się już samo dotarcie do miasta. Kiedy bohaterka zostaje wyrzucona z autobusu za jazdę na gapę - nie zawraca, tylko pieszo, a potem autostopem, pokonuje drogę do miasta. Gdy już do niego dotrze, okaże się, że Huike nie mieszka pod wskazanym adresem. Ogląda się tę drugą połowę filmu niemal jak thriller- tyle w nim emocji. Gdy tylko na horyzoncie pokaże się nadzieja, zaraz okazuje się ona złudna. Wei, prawie jak mityczny Syzyf, mozolnie i z godną podziwu determinacją, walczy z przeciwnościami losu. Nigdy się nie podaje, nigdy nie rezygnuje, uparcie i namolnie próbuje osiągnąć cel, nie zraża się niczym, nie pozwala się spławić i odpędzić, a jednak w końcu zapłacze. Bezradna wobec strażniczki, która sztywno trzymając się przepisów, stanie jej na drodze ostatecznej szansy nawiązania kontaktu z Huike. Czasem wręcz irytująca w swym oślim uporze Wei zjednuje jednak bez reszty serca widzów. Nie jest ona w twórczości chińskiego twórcy jedyną kobiecą postacią o takiej dzielności i sile charakteru. Najbliższą krewną wydaje się być Qiu Ju, z filmu „Historia Qiu Ju”, ale prawie każda z kobiecych postaci w „wiejskich filmach” Zhanga wykazuje niebywały hart ducha.

Finał filmu przejmujemy z wielką satysfakcją. Choć brzmi on wręcz bajkowo, a w wymiarze społecznym bynajmniej nie stanowi rozwiązania społecznego problemu masowego exodusu młodych ludzi, porzucających naukę, to przyjmuje się go jako zasłużoną nagrodę za dzielność i wytrwałość małej Wei.

Prowincja Zhanga Yimou

”Wszyscy albo nikt”, odwołując się do paradokumentalnej stylistyki, nawiązuje zarówno do wiejskich filmów Zhanga „Czerwone sorgo”, „Ju Dou”, „Historia Qiu Ju”, „Droga do domu”, „Tysiące mil samotności”), jak i angielskiego neorealizmu (filmy Kena Loacha i Mike Leigha). Jest także interesującym przykładem współzależności fikcji i pozafilmowej rzeczywistości. Z jednej strony dzieło Zhanga odtwarza autentyczne wydarzenia, bohaterami są prawdziwi uczestnicy, grający samych siebie, z drugiej strony zaś film nie wyzbywa się ingerencji artysty. W filmie nie brak przecież kadrów, które nie maja charakteru odtwórczego. Jest też wiele innych przejawów wkraczania w materię napisanej przez życie historii: montaż, muzyka, zdjęcia. W jakim więc stopniu kamera rejestruje życie, a w jakim go kreuje? Czy Zhang Yimou jest jedynym autorem filmu?

W filmie, nie po raz pierwszy, pojawia się portret chińskiej prowincji, o której w naszym kręgu kulturowym, powiedzielibyśmy, że jest zapomniana przez Boga i ludzi. Zhang znał z autopsji życie i mieszkańców wiejskich terenów Chin. Jako „źle urodzony”, syn byłego oficera Kuomintangu oraz młodszy brat oskarżonego o szpiegostwo brata, skrywającego się na Tajwanie, poddany został „reedukacji”. Siedem lat spędził na wsi, pracując w fabryce włókienniczej. Ponieważ były bystrym obserwatorem, wiele z doświadczeń zdobytych w tamtym czasie wykorzystał w pracy nad „wiejskimi filmami”. Ale Zhang nie tylko portretuje prowincję, on także konfrontuje ją z miastem, pokazując jak wielka przepaść dzieli miasto i wieś. Miasto jawi się jako zupełnie obca, niezbadana planeta, na której nawet czas płynie inaczej, szybciej. Tym większy heroizm Wei, która w całkowicie obcej jej rzeczywistości, potrafiła nie tylko przetrwać, lecz również osiągnąć wytyczony cel.

Z pewnością to dzięki młodym, wyjątkowym aktorom, „Wszyscy albo nikt” jest przede wszystkim film wielkiego wzruszenia. Z pozoru wywołanie u widza emocjonalnego odbioru nie było zadaniem trudnym, skoro film „oparto na faktach”, najważniejszymi postaciami są w nim dzieci, a fabuła jest opowiedziana z punkt widzenia trzynastoletniej Wei. Lecz w istocie, trzeba było ręki mistrza, aby z jednej strony historia nie zamieniła się w natrętną publicystykę a z drugiej - by film nie wpadał w pułapkę taniego sentymentalizmu. Zhang z gracją i niebywałym wyczuciem ominął wszelkie czyhające na niego niebezpieczeństwa, opowiadając jedną z najpiękniejszych, najbardziej wzruszających i zachwycających historii, jakie było dane mi obejrzeć.

MOJA OCENA:10/10


Recenzja pierwotnie ukazała się na stronie http://film.org.pl/

REALIZACJA
FABUŁA
DRUGIE DNO
Z kamerą wśród chińskiej, biednej, brzydkiej, nieciekawej, ale jakże fascynującej codzienności wsi i miast. W najlepszym paradokumentalnym stylu.  
Prawdziwi mężczyźni nie płaczą. Ale na tym filmie będą ryczeć jak bobry. Fenomenalna Wei Mei w jednym z najpiękniejszych, głęboko poruszających filmów o harcie ducha, uporze i wytrwałości w historii napisanej przez życie.
Bądź wierny! Idź!

piątek, 11 maja 2012

TOMIE: UNLIMITED (Tomie: Anrimiteddo, Japonia, 2011)



O co chodzi?

Tsukiko i starsza Tomie są siostrami. Młodsza ze sióstr należy do szkolnego kółka fotograficznego i niewątpliwie zdradza talent w tej dziedzinie, uwagę jednak otoczenia skupia na sobie piękna Tomie. Podczas jednej ze sesji fotograficznych Tsukiko dochodzi do tragedii. Nagle z wysokiej wieży odrywają się dwa połączone w krzyż pręty i przebijają na wylot Tomie. Mija rok. Tsukiko czuję się winna, rodzice wciąż nie mogą pogodzić się ze stratą starszej córki. Tymczasem któregoś dnia w drzwiach mieszkania rodziców Tsukiko staje cała i żywa… Tomie. Rodzice szybko akceptują to zdumiewające wydarzenie, nie posiadając się z radości. Młodsza siostra jest jednak o wiele bardziej nieufna. Zwłaszcza, że zmartwychwstała Tomie zaczyna w złowrogi sposób oddziaływać na rodziców, którzy wydają się być jej całkowicie podporządkowani. W końcu ojciec popada w kompletny obłęd i pewnego dnia zabija Tomie, której ciało zostaje poćwiartowane. Nie mija wiele czasu, gdy któregoś razu w klasie Tsukiko pojawia się nowa uczennica. Wygląda dokładnie jak Tomie, ponieważ… to jest Tomie. Wkrótce najlepsza przyjaciółka Tsukiko, Yoshie oraz Toshio, chłopak, w którym Tsukiko się podkochuje, zaczynają się dziwnie zachowywać….Czyżby za zmianą w ich postępowaniu stała Tomie?

Tomie spotyka Maszynową Dziewczynę

Wszystko zaczęło się w 1987, kiedy mało znany wówczas rysownik, Junji Ito zadebiutował mangą, „Tomie”. Komiks opowiadał o tytułowej, niezwykle urodziwej nastolatce, która odznaczała się szczególną, hipnotyczną mocą oddziaływania na innych, zwłaszcza na przedstawicieli płci brzydkiej. Mężczyźni szaleńczo zakochiwali się w Tomie, tracili dla niej głowy, popadali w obłęd, byli gotowi na każdy wyrzeczenie, nie cofali się nawet przed morderstwem. W końcu doprowadzeni do ostateczności przez Tomie, w okrutny sposób zabijali pozbawioną uczuć dziewczynę. Wówczas bohaterka ujawniła swą drugą, monstrualną naturę. Zdolna odrodzić się z pojedynczej tkanki swego ciała, potrafiąca rozmnażać się jak wirus i zmieniać kształt okazywała się być nieśmiertelnym potworem, wiecznym bytem, metaforą niezniszczalnego zła. Genialny w swej prostocie pomysł Ito na bohaterkę rodem z najgorszego koszmaru wzbudził ogromne zainteresowanie czytelników a także… producentów filmowych. Dziś „Tomie”, zwłaszcza poza granicami Japonii, kojarzona jest raczej z liczącą sobie aż dziewięć niezależnych części serią filmową niż serią komiksową Ito. „Tomie Unlimited” w reżyserii Noboru Iguchiego to jak do tej pory ostatnia odsłona przygód nieśmiertelnej bohaterki.

Iguchiego nie trzeba przedstawiać. W tej chwili wraz z Yoshihiro Nishimurą są najpopularniejszymi twórcami japońskiego horroru, nawet jeśli horror ten ma więcej z kina akcji, zwariowanej groteski i świadomego kiczu. Iguchi, twórca kultowej „The Machine Girl” reprezentuje kino bez żadnych ograniczeń estetycznych; szalone tsunami kiczu, makabry, gore, groteski, surrealizmu i czarnego humoru. Krótko mówiąc: wszystko to, czym J-horror, którego seria „Tomie” jest jednym z najbardziej klasycznych osiągnięć, nie jest. A jednak to właśnie film Noboru Iguchiego okazał się najwierniejszą, choć nadal swobodną adaptacją komiksowego oryginału. Twórca „RoboGeishy” jest bowiem facetem nie tylko o oryginalnej, imponującej wyobraźni i wyjątkowo złym guście, ale również filmowym anarchistą, bezkompromisowym artystą i inteligentnym prześmiewcą. Cechy te pozwoliły mu stworzyć jeden z najlepszych filmów serii.

Monstroeska

Fabuła jest nieprzyzwoicie prosta i praktycznie sprowadza się do kolejnych coraz bardziej makabrycznych mordów na demonicznej Tomie, która z każdym razem odradza ( i rozmnaża się) w coraz bardziej groteskowych, surrealistycznych postaciach. A to jest rośliną z ludzką głową wyrastającą z kubła na śmieci, a to mikroskopijnymi główkami w puszcze z ryżem, a to bezgłowym korpusem czy najbardziej spektakularną mutacją: podobnym do wija stworzeniem zamiast segmentów ciała wyposażonym w zrośnięte głowy o twarzy Tomie. To właśnie kolejne coraz bardziej zdeformowane kształty, w których odradza się tytułowa bohaterka są największą atrakcją filmu wokół, której zbudowano całą nieskomplikowaną fabułę. Bowiem Iguchi w przeciwieństwie do poprzednich twórców serii „Tomie”, zaakcentował w swym filmie monstrualną stronę nastolatki. Tomie jeszcze nigdy nie była tak odrażającym potworem, ponieważ zazwyczaj podkreślano uwodzicielski charakter jej ludzkiego wyglądu, czyniąc z niej kogoś w rodzaju femme fatale. Dopiero Iguchi pokazał, że Tomie jest również monstrum. Dlatego można mu wybaczyć zatrudnienie do tytułowej roli niezbyt atrakcyjnej, wyglądającej i grającej jak manekin Miu Nakamury, ponieważ aktorka częściej pojawia się w postaci dalece odczłowieczonej niż „normalnej”. Na szczęście widzowi nie wmawia się, że to jej oszałamiająca uroda sprawia, że ludzie wariują na jej punkcie. Popadają w morderczy obłęd natomiast, ponieważ jest ona budzącym nieludzkie przerażenie potworem. Dlatego też Nakamura okazuje się w ostatecznym rozrachunku doskonałym wyborem, ponieważ posiada w sobie pewien niepokojący rys, podkreślający nieludzki charakter jej bohaterki.

Koniec nie wieńczy całości

Niestety ten pełen zdumiewających scen, przyzwoicie zagrany i sprawnie wyreżyserowany film traci wiele ze swoich atutów w przekombinowanym, pretensjonalnym, bełkotliwym finale. Można odnieść wrażenie, że Iguchi pragnął zwieńczyć swój obraz niebanalnie, oryginalnie i ambitnie, ale nie miał żadnego pomysłu, jak pokazać to na ekranie. Przedłuża zatem niemiłosiernie historie, miesza sen z jawą, powtarza sceny, ale wszystkie te zabiegi przypominają poruszanie się ślepego we mgle. Choć od strony wizualnej zwieńczenie filmu jest najbardziej widowiskowe, treściowo wypada wyjątkowo chaotycznie i irytująco. Niemniej „Tomie Unlimited” to bez wątpienia jeden z najbardziej udanych filmów z serii o demonicznej nastolatce i niewątpliwie potwierdzenie reżyserskiego talentu Noboru Iguchiego.

MOJA OCENA: 7 +/10


Tekst pierwotnie ukazał się na stronie www.horror.com.pl


Więcej  o TOMIE: UNLIMITED


REALIZACJA
FABUŁA
DRUGIE DNO
Grand Noboru Iguchi Guignol
Po prostu: Tomie bez limitu (makabry, groteski, absurdu), ale jakie robi wrażenie. Bodaj najlepsza część z całej serii.
Drugie dno w tym filmie nam nie grozi. Tomie jest po prostu zła, potworna i grana przez niezbyt atrakcyjną aktorkę.

piątek, 4 maja 2012

A CHINESE GHOST STORY (Sien nui yau wan, Chiny/Hongkong, 2011)



O co chodzi?

Młody rzemieślnika Yan Chixia w swej wędrówce dotarł do pewnej chińskiej wioski. Cierpiący od wielu miesięcy na brak wody mieszkańcy osady biorą Yana za przysłanego przez dwór specjalistę, który ma zapobiec wysychaniu miejscowych studni. Yan, nie mając zbyt wielkiego wyboru, nie wyprowadza ich z błędu i wyrusza do źródła, które zasila studnie. Ponieważ źródło znajduje się na Czarnej Górze, cieszącej się wśród wieśniaków opinią przeklętego miejsca, w wyprawie towarzyszy Yanowi… grupa kryminalistów. Bohaterowie docierają do Czarnej Góry i znajdującej się na niej świątyni Lan York Tze, w której umiejscowione jest źródło. Na miejscu Yan oraz jego towarzysze zostają uwiedzieni przez piękne kobiety, które w istocie są demonami. Wśród kobiecych demonów jest Nie Xiaoqian, która nie tylko oszczędza Yana, ale z wzajemnością się w nim zakochuje. Niespodziewanie w świątyni pojawia się Ning Caichen, łowca demonów i były ukochany Nie. Dziewczyna jednak nie pamięta dawnej miłości i traktuje Ninga jak wroga, zwłaszcza, że w przeciwieństwie do Yana, wie on o demonicznej naturze Nie. Tymczasem młodzi zakochani decydują się uciec ze świątyni, lecz stary Demon Drzewa, na których usługach są kobiety demony, nie toleruje nieposłuszeństwa. Życie Yan i Nie jest poważnie zagrożone a jedyną osobą, która skutecznie może im pomóc jest Ning.

Komercyjne uroki remake`u

W 1987 r. Ching Siu-ting wyreżyserował słynne “Chińskie duchy” – żywiołową, pełną energii i humoru gatunkową hybrydę fantasy, horroru, komedii, musicalu oraz filmu sztuk walki. Obraz szybko zyskał status dzieła kultowego i klasyka hongkońskich „horrorów kung fu”. Ching Siu-ting nakręcił jeszcze dwa całkiem udane sequele, lecz najlepszym filmem z trylogii pozostał pierwszy film. Dlaczego zatem chińscy producenci po dwudziestu czterech latach zdecydowali się sięgnąć po obraz Chinga? Oglądając remake „Chińskich duchów” pod tytułem – co za niespodzianka! – „A Chinese Ghost Story” łatwo się domyślić, po co komu nowa wersja kultowego filmu.

W licznych recenzjach z nowej wersji „A Chinese Ghost Story” wyreżyserowanej przez doświadczonego hongkońskiego reżysera, Wilsona Yipa („Kill Zone”, „Ip Man”) często podnoszono zarzut, że to „niepotrzebny remake”. Można jednak zapytać czy w ogóle jakikolwiek remake jest potrzebny, zwłaszcza gdy odnosi się on do dzieła uznanego lub kultowego? Z artystycznego punktu widzenia ponowna realizacja oryginału jest zdecydowanie działaniem odtwórczym. Jednak wielu widzów zapomina, że kino to gigantyczny przemysł filmowy, generujący olbrzymie pieniądze. I choć zgadzam się z tymi recenzentami, którzy uważają obraz Yipa za zbędny, to pod względem komercyjnym jest wręcz przeciwnie. Zatem podstawowa różnica miedzy „Chińskimi duchami” z 1987 r. a z 2011 r., poza oczywiście różnicami fabularnymi i realizacyjnymi, polega na tym, że obraz Chinga był filmem powstałym z autentycznej pasji reżysera oraz jego ekipy, zaś wersja Yipa to ostentacyjnie komercyjne widowisko. Jasne, to żaden odkrycie. Przecież właśnie po to kręci się remake`i by na sławie, popularności a ostatnio coraz częściej także na „kultowości” oryginału jak najwięcej zarobić. W przypadku jednak „A Chinese Ghost Story” ważniejsze od słowa „komercja” jest słowo „ostentacyjne”. W komercji jako takiej nie ma niczego złego. Dlaczego film, w które włożono spore pieniądze nie ma przynieść zysku jego twórcom? Rzecz jednak w tym, aby w pogoni za zyskiem nie spaść z poziomu poniżej, którego zaczyna się ordynarne schlebianie mało wyrafinowanym gustom odbiorców. Ważne także aby komercyjny charakter nie narzucał się widzom. Film Yipa choć trzyma poziom, to jednak ma poważne kłopoty z cnotliwą powściągliwością swego komercyjnego wymiaru. I pewnie z tego powodu wielu recenzentów ocenia nową wersję „Chińskich duchów” dość surowo.

Tandety żal...

Co zatem tak kole w oczy? Film Chinga to było kino klasy B, a obraz Yipa to chińska superprodukcja, w której nie został zmarnowany ani jeden chiński yuan i hongkoński dolar. Nowa wersja to oszałamiające widowisko, którego pozazdrościć mógłby Michael Bay i Steven Spielberg. Film niebywale efektowny, atrakcyjny wizualnie (niektóre ujęcia są tak zachwycająco piękne, że zatrzymywałem film, aby nacieszyć nimi oko), dopieszczony w każdym szczególe, przypominający bardziej prawie dwugodzinny teledysk niż film kinowy. Nie można też nie wspomnieć o efektach CGI, którym nafaszerowano niemal cały film oraz o akrobatycznych, znacznie przewyższających oryginał pod względem rozmachu i inwencji scenach walki. Krótko mówiąc: „ A Chinese Ghost Story” to chińsko-hongkońska specjalność ostatnich lat – megawidowisko wu xia. A właśnie tych tandetnych efektów z oryginału żal najbardziej. Gumowego jęzora demona Matrony, nieudolnych tylnych projekcji, lin, na których podwieszani byli aktorzy, staroświeckiej animacji poklatkowej, bo w dużej mierze to one kreowały atmosferę radosnego kiczu.

Ale są różnice nieco bardziej wyrafinowane. Film Chinga była szaloną mieszanką gatunkowo-stylistyczną, zaś obraz z 2011 r. to właściwie…. melodramat fantasy. Zrezygnowano z najbardziej irytujących zachodniego widza elementów oryginału, czyli ze slapsticku i wstawek muzyczno-wokalnych. Bo właśnie głównie z myślą o widzu zachodnim jest to robiony film. Miłość to temat uniwersalny, nadto mimo iż w filmie pojawiają się demony, można film o romantycznej miłości pokazać nie tylko dorosłym, ale widzom nieco młodszym. Aby uwypuklić romansowy charakter filmu zmieniono fabułę: u Chinga w Nie zakochany był tylko jeden mężczyzna, w „A Chinese Ghost Story” – dwóch (łowca demonów i Ning). Niemal w całości wyrugowano natomiast elementy horroru: groza jeśli się pojawia, to tylko komputerowa, a wiadomo, że to żadna groza. Wskutek poważnego ograniczenia ilości horroru (którego już w obrazie z 1987 r. nie było za wiele) ucierpiała szczególnie postać Demona Drzewa. U Chinga to była androgyniczna istota utrzymana w tandetnej, kiczowatej estetyce, u Yipa to czarownica, przypominająca Michelle Pfeifer z „Gwiezdnego pyłu”. Podczas, gdy „Chińskie duchy” znakomicie bawiły się pojęciem genderu, w nowej wersji wszystko jest jednoznaczne, by widz zachodni nie pogubił się w tym kto jest kim i aby skupił się na atrakcjach widowiska. Szkoda, bo to wyraźne zubożenie w stosunku do filmu Chinga.

A ja się nie obrażam

Mimo swej ostentacyjnej komercyjności „A Chinese Ghost Story” nie wzbogacił swoich twórców w sposób szczególnie spektakularny. W Hongkongu film zarobił ok. czterech milionów hongkońskich dolarów, ale dla porównania „Sex and Zen” Extreme Fanasy 3 D” - ponad czterdzieści jeden. Z pewnością też obraz Yipa nie zyska statusu dzieła kultowego ani nie przekona do siebie fanów „Chińskich duchów” z 1987 r.. Ale ja się na film twórcy „Ip Mana” nie będę obrażał. Wiadomo było, że nowa wersja będzie pełnym rozmachu widowiskiem, że nastawiona będzie głównie na zainteresowanie zachodniej publiczności. Ten cel się udał: film jest imponujący od strony realizacyjnej, sprawnie opowiedziany, przyzwoicie zagrany a bardziej wrażliwych może wzruszyć. A że nie przestraszy? A czy „Chińskie duchy” Ching Siu-tinga były kogoś w stanie przerazić?
MOJA OCENA: 6/10


Tekst pierwotnie ukazał się na stronie www.horror.com.pl



REALIZACJA
FABUŁA
DRUGIE DNO
Superwidowisko wu xia, którego mógłby pozazdrościć Michael Bay albo Steven Spielberg, gdyby kręcili taki rodzaj kina.  
Ona jest duchem a oni – nie. O to prawdziwie metafizyczny dylemat. Plus całe mnóstwo komputerowego abrakadabra.
Drugie dno i ostentacyjnie komercyjny remake? Wolne żarty!

czwartek, 26 kwietnia 2012

CZ.II. SADAKO W KINIE, CZYLI WIRUS FILMOWEJ KLĄTWY




Wątek dwoistości charakteru Sadako rozwijał późniejszy o dwa lata prequel obrazu Nakaty - „Ring 0: The Birthday” w reżyserii Norio Tsuruty  Obraz przynosił odpowiedź na pytanie: w jakich okolicznościach Sadako stała się żądnym zemsty potworem. Otóż, okazywało się, że bohaterka była tak naprawdę łagodna jak baranek. Ba, posiadała nawet dar uzdrawiania nieuleczalnie chorych, a także wyróżniała się niezwykłą urodą i aktorskim talentem. Nie czuła się jednak szczęśliwa. Małomówność i tajemniczość, nie zjednywały jej otoczenia, raczej budziły nieufność a nawet wrogość. Na domiar złego prześladowały ją makabryczne wizje oraz dusze zmarłych, które spotykała na każdym kroku. Ale dziewczynę nękał ktoś jeszcze  – Sadako! 

piątek, 20 kwietnia 2012

CZ.I: SADAKO W KINIE, CZYLI WIRUS FILMOWEJ KLĄTWY



UWAGA: Możliwe spoilery

Sadako - najsłynniejsza zjawa przełomu wieków. Bohaterka siedmiu filmów kinowych (w tym dwóch amerykańskich remake`ów oraz jednego koreańskiego), filmu telewizyjnego, dwóch seriali, trzech książek, siedmiu komiksów (manga), gry komputerowej, słuchowiska, parku rozrywki oraz niezliczonej ilości filmów grozy z mniej lub bardziej udanymi klonami długowłosego upiora. Całkiem niezły dorobek jak na małą dziewczynkę, która na dodatek trzydzieści lat spędziła na dnie kamiennej studni. Miejsce w panteonie sław horroru – Frankensteina, Jasona Voorheesa czy Hannibala Lectera - zdobyła dzięki ogromnej popularności powieści Kôji Suzukiego (jak dotąd "Ringu" sprzedano w ilości 3 mln egzemplarzy) oraz  filmów adaptujących literackie wątki na potrzeby kina


Wbrew pozorom słowo wcale nie było na początku. Najpierw była inspiracja, której dostarczyła Kôji Suzukiemu autentyczna historia z pierwszych lat ubiegłego wieku. Tomokichi Fukari (pierwowzór postaci Heichahiri Ikumy, ojca Sadako), profesor wydziału psychologii na Uniwersytecie Tokijskim, żywo interesował się paranormalnymi zjawiskami. Od roku 1910 prowadził badania mające na celu naukowe udowodnienie istnienia nieznanych dotąd sił ukrytych w ludzkim umyśle. Jedną z osób, która szczególnie go interesowała, nazywała się Sadako Takahashi - protoplastka powieściowej i filmowej bohaterki. Kobieta dysponowała niezwykła mocą, która podobno pozwalała jej wpływać na stan nośników obrazu.

Sadako, z wydanej w 1991 r. powieści Suzukiego, "Ringu", różni się znacznie od swojej filmowej siostry-bliźniaczki. Choć pojawia się na drugim planie powieściowych wydarzeń, dokładnie poznajemy jej życiorys od chwili narodzin w 1947 r. po straszliwą śmierć dwadzieścia lat później na dnie opuszczonej studni. Suzuki wykreował postać z krwi i kości, wyróżniającą się wyjątkową urodą, parapsychicznymi zdolnościami i pewną biologiczną anomalią. Sadako przedstawiona jest jako kochająca córka, troszcząca się zarówno o matkę Shizuko, jak o Heichahiro Ikumę - profesora psychiatrii i kochanka Shizuko oraz domniemanego ojca dziewczyny. Dowiadujemy się ponadto, że w swoim krótkim życiu przez pewien czas była związana jako stażystka z teatrem, miała brata, który po czterech miesiącach od urodzenia zmarł oraz, że bezbłędnie przepowiedziała wybuch wulkanu Mihara, czym zyskała ogromną popularność wśród mieszkańców rodzinnej wyspy Izu. Sadako tylko raz podczas ziemskiego życia wykorzystała ponadnaturalne zdolności ze skutkiem śmiertelnym. Ale w tym przypadku pozbawienie życia nie oznaczało aktu agresji z jej strony, lecz było działaniem w obronie własnej, przed niedwuznacznymi zamiarami kolegi aktora, nieświadomego drzemiących w pięknej dziewczynie mocy.


Najbardziej zaskakujące, zwłaszcza dla osób przywykłych traktować wersję filmową za jedyną słuszną, okazują się okoliczności śmierci Sadako. Powieściowa bohaterka nie została zamordowana, lecz w istocie popełniła samobójstwo. Przy okazji czytelnik poznaje jeszcze jedną tajemnicę bohaterki - Sadako tylko wyglądała jak kobieta, ale w rzeczywistości była hermafrodytą.  

Rewelacja niczym z wenezuelskiej telenoweli albo… „Gry pozorów” Neila Jordana, ale ma głębsze uzasadnienie. Wiele bóstw przedstawiono jako istoty androgyniczne, a Sadako ze swoją mocą przekraczającą ludzkie możliwości, mogłaby bez przeszkód dołączyć do boskiego grona. Ale w książce pojawia się jeszcze inna sugestia, zdaje się, że nawet silniejsza. Po swojej śmierci dziewczyna, staje się nie tyle duchem, co szczególnego rodzaju …wirusem. Pamiętamy też, że jedynym sposobem uniknięcia klątwy Sadako jest skopiowanie kasety z dziwnym filmem i pokazanie go komuś innemu. Czy ten rytuał nie przywodzi na myśl zachowanie wirusa rozprzestrzeniającego się przez reprodukcję?


Spośród kinowych filmów najwierniejszy powieści jest obraz koreańskiego reżysera Dong-bin Kima, "The Ring Virus" (1999). Odstępstwa od literackiego pierwowzoru  - można by rzec - są techniczne. Koreańska Sadako nosi imię Park Eun-suh, a w samobójstwie dopomógł jej nie doktor Jotaro Nagao (jak w książce), lecz chory na syfilis malarz Kyung-pi. W filmie Dong-bina pojawia się także, nieobecna w powieści, "scena z telewizorem" - widoczny znak wpływu tylko o rok wcześniejszego "Ringu" Hideo Nakaty.  

Nakata oraz scenarzysta, Hiroshi Takahashi obrali inną drogę. Dokonali tak daleko idących zmian w scenariuszu filmu, że mamy raczej do czynienia z reinterpretacją niż adaptacją utworu Suzukiego. Wizerunek filmowej Sadako, rzecz jasna, też uległ znaczącej zmianie. Najdosadniej jej postać określają słowa jednego z bohaterów „Ringu”, kuzyna matki Sadako, Takashi Yamamury – „(Ona) była potworem!”. Osobiście pojawia się ledwie w trzech scenach, ale w zupełności wystarczy, by stworzyć wrażenie obcowania z istotą demoniczną, uosobieniem zła absolutnego. Przekonujemy się o przerażającej naturze bohaterki już podczas stylizowanej na czarno-białą kronikę sceny demonstracji zdolności Shizuko. Nota bene scena ta odwołuje się do autentycznego pokazu, który odbył się 15 września 1910. Przedstawienie dla zaproszonych dziennikarzach zorganizował wspomniany już profesor Fukari, a swoje nadnaturalne umiejętności zaprezentować miała Chizuko Mifune (pierwowzór postaci matki Shizuko). Pokaz zakończył się kompromitacją a młoda dziewczyna otruła się rok później. Podczas pokazu nikt jednak nie zginął. Śmiertelna ofiara pojawiła się natomiast w „Ringu” Nakaty.  Sprawczynią tragedii okazała się Sadako.


W całej okazałości objawia się jednak w trwającej zaledwie kilka minut „scenie z telewizorem”. To głównie dzięki niej „Ringu” zajęło szóste miejsce w angielskim plebiscycie "The 100 Greatest Scary Moments" (rok 2004). Nakata wymyślił tę scenę zainspirowany „Videodromem” Davida Cronenberga (Hiroshi Takahashi z kolei jako źródło inspiracji wymienia „Ducha” Tobe Hoopera). Warto także dodać, że przerażający nieludzki chód Sadako uzyskano za sprawą prostego technicznego zabiegu. Grającą postać Sadako Rie Inou sfilmowano idącą do tyłu, a następnie odtworzono nagranie od tyłu. „Połamany chód”, jak cała postać upiora, wkrótce stały się obowiązkowymi elementami konwencji azjatyckiej ghost story.

Z filmowych inspiracji twórców „Ringu” najistotniejsze jest nawiązanie do klasycznego obrazu o duchach z 1959 r., „The Ghost of Yotsuya” Nobuo Nakagawy. W filmie tym pojawia się jeden z najpopularniejszych duchów z Kraju Kwitnącej Wiśni – Oiwa (Oiwa-san). Oiwa była żoną osiemnastowiecznego samuraja, który, według legendy, pod wpływem kochanki podał żonie straszną truciznę oszpecającą ofiary przed śmiercią. Oiwa, zanim zmarła, straciła jedno oko, a drugie wychodziło jej z oczodołu. W akcie zemsty, po śmierci wróciła, aby nachodzić męża. Charakterystyczny był także wygląd słynnego ducha – długie czarne włosy, opadające na twarz i długie białe szaty.


Oiwa należała do szczególnej kategorii istot nadprzyrodzonych, znanych japońskiemu folklorowi. Onryō to podgatunek duchów, których jedynym celem istnienia jest zemsta. Wedle japońskiej tradycji dusze, które znajdują się w chwili śmierci pod wpływem potężnych emocji - miłości, zazdrości, nienawiści lub żalu zostają uwięzione w między wymiarowej pułapce. Aby się z niej uwolnić muszą powrócić do świata żywych i dopełnić swego ziemskiego żywota, mszcząc się albo kończąc sprawy, których sfinalizowanie przerwał nagły zgon.

Z gatunku onryō wywodzi się także Okiku – kolejny duch zamordowanej kobiety, który stał się jednym z ulubionych bohaterów japońskich opowieści grozy („kaidan”). Okiku, zgodnie z najbardziej rozpowszechnioną wersją legendy, była służącą samuraja. Okrutny pan wyrzucił dziewczynę do studni, w której po wielu dniach zmarła z wycieńczenia i głodu. Po śmierci Okiku nadszedł czas zemsty – każdej nocy zjawa wyczołgiwała się ze studni i prześladowała z taką zawziętością samuraja, że ten w końcu popadał w szaleństwo.


Poza nadaniem postaci Sadako wizerunku odwołującego się popularnego obrazu mściwego ducha, Nakata wespół z Takahashim dokonał jeszcze jednej znaczącej zmiany. Upiorna bohaterka jest w filmie dziewczynką, a jej imię oznaczające w języku japońskim „wierne lub szczęśliwe dziecko”(sada-kó) świadomie nawiązuje do autentycznej postaci Sadako Sasaki – dziewczynki, która przeżyło atak atomowy na Hiroszimę. W Japonii zrobiło się o niej głośno, ponieważ wykonała 1000 papierowych żurawi origami, co według japońskiej legendy dawało jej prawo do spełnienia jednego życzenia. Choć umierała na białaczkę, życzyła sobie nie uzdrowienia, tylko pokoju na świecie. Dziewczynka jest dziś uważana za symbol niewinnego dziecka skrzywdzonego przez dorosłych. Choć w portrecie Sadako rys demoniczny zwraca największą uwagę, równie ważne okazuje się, że jest ona dziewczynką odtrąconą przez bliskich a w końcu zamordowaną przez ojca. To gniew, który przez trzydzieści lat zamknięcia na dnie wilgotnej lodowatej studni kumulował w Sadako zabójczą moc, uczynił z niej demona. Dziewczynce wcale nie zależało - jakby się z początku mogło zdawać - na odzyskaniu utraconej miłości bliskich, lecz na tym by dosłownie każdy mieszkaniec Ziemi dowiedział się o jej nieszczęściu.  

Artykuł pierwotnie ukazał się na łamach nieistniejącego już magazynu grozy CZACHOPISMO Nr.3/2007


Więcej szczegółów TUTAJ